Opakowanie godne podziwu

Reprezentacja Polski, zgodnie z oczekiwaniami, awansowała na mundial w Rosji. Jest to drugi z rzędu awans na imprezę rangi mistrzowskiej za kadencji trenera Nawałki. Jest więc co świętować, bo żyliśmy w czasach, w których radość polskiego kibica była czymś sporadycznym. Dzisiaj tych powodów do optymizmu jest dużo więcej, a obnoszenie się z tym, że kibicuje się piłkarskiej reprezentacji, stało się u nas trendem.

Pierwszy wielki turniej rangi mistrzowskiej, który potrafię odgrzebać w swojej pamięci, to Euro w Belgii i Holandii na przełomie wieków. Piękny turniej, zwieńczony dramatycznym finałem, którym żyło całe moje podwórko przez kolejne dwa miesiące wakacji. Ktoś chciał być Zidanem, ktoś Trezeguete’em, na bramce stawał Barthez, a dzielnie w obronie spisywał się Desailly. Jednak z tyłu głowy tliła się myśl, kiedy w końcu po podwórku będą biegać następcy polskich piłkarzy.

Dwa lata później nastała chwila przełamania. Po 16 latach przerwy, kadra Jerzego Engela awansowała na mundial w Korei i Japonii. W kraju panowała euforia, a media spekulowały z jakim medalem wrócimy z tego turnieju. Turniej zakończył się dla nas szybciej niż się zaczął i ze smutkiem obserwowaliśmy jak odpadamy już na etapie fazy grupowej. Podobnie było w kolejnych latach. Zawód na mistrzostwach świata w Niemczech, na Euro w Austrii i Szwajcarii oraz na naszym domowym turnieju w 2012 roku.

Co więc sprawia, że dziś, po awansie na mundial w Rosji, jesteśmy spokojni o ewentualny sukces w przyszłym roku, ale też twardo stąpamy po ziemi? Na pewno jest to doświadczenie tej reprezentacji, w postaci niezłego występu na Euro we Francji i dwóch bardzo dobrych turniejów kwalifikacyjnych. Warto też zwrócić uwagę na jeden istotny aspekt, którego przez lata nie było, czyli wszystko to co dzieje się wokół polskiej piłki, opakowanie tego produktu. Pamiętamy te zawirowania z początku XXI wieku, gdy sprawy korupcyjne psuły całą otoczkę futbolu w naszym kraju. Były też zawirowania dotyczące powołań na poszczególne wielkie turnieje, raz zabrakło Tomka Iwana, raz Frankowskiego czy Dudka. W końcu nie obyło się bez konfliktów z mediami, czy też fatalnego wizerunku polskiego związku, spowodowanego nieudolnym zarządzaniem przez prezesa Grzegorza Latę.

Dzisiaj poza wybitnym pokoleniem piłkarzy i bardzo dobrym, mówiąc w korpomowie, zarządzaniem tymi zasobami ludzkimi przez nasz sztab szkoleniowy, piłka nożna w Polsce, a zwłaszcza reprezentacja, jest świetnie „ubrana”. PZPN, na czele ze Zbigniewem Bońkiem zrzeszają ludzi pod szyldem oddającym dzisiejszą modę na futbol, „Łączy nas piłka”. Nie mamy już tylu kwasów, które szargają piłkę nożną w naszym kraju, a jeśli już coś niekonwencjonalnego się wydarzy to szybko problem jest rozwiązywany w sposób bardzo profesjonalny, jak poradzenie sobie z „grupą bankietową” po pierwszym meczu z Armenią.

Na pewno znajdą się w tym momencie osoby, które zarzucą, że zawsze można zrobić coś lepiej i będą miały rację. Ale dla nas jest to coś nowego, coś czego przez lata brakowało. Dzisiaj osoby, które jeszcze parę lat temu z piłką nie miały nic wspólnego, „zabijają” się żeby zdobyć bilet na mecz biało-czerwonych. Sukces sportowy to jedno, ale umiejętność dzielenia się nim i sprzedania go to drugie, nie raz dużo ważniejsze dla nas kibiców. Dzięki temu, na tym samym podwórku, po którym biegałem za małolata i przebierałem się za zagraniczne gwiazdy piłki nożnej, dziś częściej spotkam tam Lewandowskiego, czy Błaszczykowskiego niż Ronaldo czy Messiego.

Mateusz Waligóra 

Pozostałe felietony znajdziesz tutaj>>